Mój ostatni dzień pracy przed Świętami. Chcę jechać do domu, ale się nie da. Korek na parkingu sprawia, że nim wyjeżdżam z jego terenu, mija 35 minut. Obiecuję sobie robić zakupy z rana, po odwiezieniu żony do pracy. Działa. Da się kupić coś na obiad bez walki o przetrwanie. W sobotę łamiemy tę zasadę, planujemy z żoną kupić żarcia na tydzień, przy okazji chcemy zjeść brunch na mieście. No i mamy, czego chcieliśmy! Mimo tego, że wybrałem najbardziej odległe, najmniej uczęszczane centrum handlowe, mam poczucie, jakbym trafił na jakiś zbiorowy trans zakupów: towary wylewają się z głębokich wózków, służących prowadzącym je konsumentom za taran. Co chwila jakiś babsztyl najeżdża na mnie tym pociągiem pancernym nawet nie spoglądając w moją stronę. Chcę wykrzyczeć pamiętną kwestię kierownika produkcji, Jana Hochwandera z "Misia": "Won, won, won, wszyscy won, wypłacić po pół dniówki i won"! Dopadamy do kasy, płacimy, idziemy na brunch. Mamy pecha, wybrana przez nas jadłod...