Jestem przekonany, że często słyszysz hipotezę, jakoby religia chrześcijańska opierała się na strachu, traktowanym jak narzędzie do wymuszania określonych zachowań. Powiem ci od razu, że nie sądzę, by strach przed "piekłem" był głównym czynnikiem determinującym przynależność do religii chrześcijańskiej, bardziej bym się skłaniał do lęku przed ostracyzmem, czy wykluczeniem z grupy, w której wierzący wzrastali, jako jednego z głównych powodów kontynuowania praktyk religijnych. Oczywiście nie samego, bo dorzuciłbym pragnienie stałości, bezpieczeństwa, logicznego celu życia (im bardziej wzniosły, tym lepiej chwyta za serce). Chętnie bym na ten temat podyskutował, bo naprawdę nie sądzę, by motorem tej wiary była chęć naśladowania Chrystusa. Dlaczego? Ano dlatego, że z miejsca rodzi się w mojej głowie pytanie: "Na podstawie doświadczeń dzisiejszego dnia, opowiedz mi drogi wierzący przyjacielu, jakimi konkretnymi czynami naśladowałeś dzisiaj Jezusa", przy czym pamiętam, że...