Przejdź do głównej zawartości

100. Krzyż.

 Instrukcja: Weź sporych rozmiarów krzyż i rozejrzyj się, gdzie go tu przybić. Pomiń miejsca, gdzie masz prawo to zrobić, czyli omiń swoją własność. Znajdź coś, co nie należy do ciebie, najlepiej jak to jest własność państwa i tam go pierdolnij w centralnym miejscu, bo choć nie masz do tego prawa, to w państwie wyznaniowym mogą ci skoczyć. Czekaj cierpliwie, aż ktoś go zdejmie. Wtedy podnieś lament, że musisz walczyć, bo jesteś dyskryminowany.

Z cyklu "Opowiadania z naszej przeszłości".

Zaprosiłem grupę kolegów na pokaz związany z moim projektem filmowym. Miejsce było ciekawe, historyczne, polskie, piastowskie. W najbliższym sąsiedztwie góry i średniowieczne warownie. W sam raz na ciekawy weekend. Spodziewałem się miło spędzonego czasu. W latach dziewięćdziesiątych nie raz i nie dwa w takim składzie świetnie się bawiliśmy, choć wtedy niebezpiecznie eksperymentowaliśmy z narkotykami, głównie z alkoholem i przez to wiele interesujących spraw nam uciekało. Każdy z nas miał jakieś poglądy, jedni byli wierzący, a inni wręcz przeciwnie, ale nigdy nie było to przedmiotem sporu, zwłaszcza w temacie wiary. Zresztą..., nie przypominam sobie, by ktoś z nas w tamtych czasach choć raz jeden poszedł na mszę podczas naszych wspólnych wypadów. ANI JEDNEGO PRZYPADKU. Minęło 30 lat i sytuacja się powtórzyła. Z małym wyjątkiem: Ponieważ picie alkoholu wyszło z kręgu moich zainteresowań, a jego miejsce wypełniła chęć zobaczenia możliwie największych ilości rzeczy ciekawych, ja zwiedzałem okolice w dzień, a wieczorem dopinałem swój pokaz, podczas gdy koledzy pili i trzeźwieli. Trochę się przy tym narobiło niemiłych zgrzytów, bo wiadomo, podział polityczny, był wśród nas jeden gorliwy aktywista PiS-owskiej przystawki, a pozostała część składu, choć nigdy nie zajmowała się zawodowo polityką, to jednak zdecydowanie nie lubiła najlepszej partii Kosmosu. Jakoś tam jednak zleciało. Piątek, sobotni wieczór, właściwie wszystko jak dawniej. W niedzielę nikomu nie przyszło do głowy pójść do kościoła, bo wiadomo, są ważniejsze sprawy: Koledzy walczyli z kacem, ja zwiedzałem pobliski zamek. Po powrocie zaproponowałem wyjazd na obiad wobec słabego wyglądu towarzystwa, a na uwagę kolegi pro-PiS, że jestem cwany, bo nie piłem, odpowiedziałem, że łączę się z nim w bólu, jak pan papież. "Wy byście nas pozabijali" - usłyszałem w odpowiedzi. Ponieważ z lekka mnie zatkało (przyznasz, że ten ciąg skojarzeniowy jest nie do końca jasny), kontynuował wypowiedź, a ja dowiedziałem się, że gdyby nie MY (znaczy on i ktoś jeszcze, ale nie ja), to bym na powrozie u muzułmanów chodził. Z bólem przyznaję, że do tej pory się nie dowiedziałem, co takiego zrobił mój kolega ze swoimi innymi kumplami, że dziś nie chodzę na muzułmańskim postronku, ale spoko, YEAH, WELL, YOU KNOW, THAT'S JUST LIKE, UH, YOUR OPINION MAN, jak mawiał Big Lebowski!


Tak właśnie widzę rolę krzyża w miejscach publicznych i dzisiejszy lament po decyzji Trzaskowskiego o jego usunięciu z warszawskich urzędów. Na co dzień wszyscy mają go tam, gdzie mają: albo w tyle, albo im wisi. Za to w chwili konfrontacji z rzeczywistością, ktoś mi chce przez jego obecność po prostu powiedzieć, że jest fajniejszy niż inni (np. ja), którzy winni mu są wdzięczność. I właśnie dlatego ksiądz gwałci pod krzyżem ministranta, pan papież zaś księdza awansuje, bo właśnie dostał od niego łapówkę z pieniędzy ukradzionych ze zbiórki na biednych. Ten krzyż dawno przestał być symbolem czegoś dobrego, możliwe nawet że nigdy nim nie był. Ten krzyż jest wymówką.


P.S. Ostatnio kilka razy trafiłem na artykuły, których bohaterką jest Agnes Gonxa Bojaxhiu, ksywa Matka Teresa z Kalkuty. Piszą o jej sadystycznej radości z cierpienia chorych i o tym, że kasę ze zbiórek na prowadzone przez nią szpitale dla ubogich wysyłała w formie łapówek Wojtyle Karolowi. No właśnie, ona wysyłała, by się podlizać, a chciwa bestia z Wadowic je przyjmowała. Bo wiadomo: *On nie wiedział, że jak zabierze chorym pieniądze na leki, to będą cierpieć i umierać. Bo i skąd miałby wiedzieć? Nigdy nie był zbyt bystry!


(*) Uwaga, sarkazm!

Komentarze

  1. Zwykła polityczna gra. Gdyby nie było krzyży na ścianach, Trzaskowski by nie miał czym się wykazać. A tak obie strony są zadowolone - jedna walcząc w obronie wiary, druga o laickie państwo. Działanie bardzo tanim kosztem, a uszczęśliwia tyle osób.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nie znam prywatnych motywacji Trzaskowskiego, natomiast faktem jest, że są w Europie kraje, które na serio biorą zasadę rozdziału religii od państwa, podczas gdy Polska nadal wybiera drogę zasranej obłudy, że niby jest ten rozdział, ale jest jedna taka zajebiście fajna religia, że lepsza od wszystkiego i akurat jej można nie oddzielać. To oczywiście świadczy jak najgorzej o samych Polakach i ich niewolniczym usposobieniu, ale co ja na to poradzę? Mogę tylko o tym napisać i samemu trzymać wszelkie religie z dala ode mnie na tyle, na ile starczy mi sił i możliwości.

      Usuń
  2. Pamiętam, że gdy weszła decyzja o wieszaniu krzyży w szkołach, to jednym z argumentów było to, że uczniowie grzeczniejsi będą, bo przecież szacunek dla symbolu itd. jakby w kościele wszyscy nienagannie się zachowywali.
    Zdziwił mnie Hołownia swą wypowiedzią, że nie czas na usuwanie krzyży, a kiedy ten czas będzie dobry?
    Katolicy skarżą się , że są prześladowani w Polsce, a u nas przez miasto przeszła krucjata przeciwko lżeniu niepokalanego serca Maryi i w obronie życia poczętego i nie wiem na czym to lżenie serca polega?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Och, w Polsce argumentów z Kosmosu było w kwestii nadrzędnej roli religii katolickiej było co niemiara, a co jeden, to głupszy. Najzabawniejszy jest właśnie ten o moralności religijnej. I żeby tu nie sięgać do wysoce moralnych tortur inkwizycyjnych bestii, wspomnę tylko złodziejsko-pedofilski charakter Kościoła Wojtyłowego, przy którym Diecezja Sosnowiecka z parafią z Dąbrowy Górniczej jawią się być niewinną igraszką niewyżytych seksualnie duchownych lubiących narkotykowe eksperymenty.

      Usuń

Prześlij komentarz

Popularne posty z tego bloga

124. Panie, ty się tym zajmij!

 Prawdopodobnie znasz hasło zawarte w tytule. Jest to jeden ze sloganów promocyjnych chrześcijaństwa, a jego atrakcyjność polega na tym, że niesie przesłanie o obecności wszechmocnego opiekuna, który za ciebie rozwiąże problemy. Zresztą, nazywanie jakiegoś bóstwa swoim ojcem, też ma podobne znaczenie. Ponieważ w życiu bywa ciężko, przyda się wszechmocny tatuś. Trochę to dziwne w ustach dorosłych ludzi, ale nie każdy człowiek jest dojrzały emocjonalnie. Metryka nie ma tu wiele do powiedzenia. Biblia również, bo przecież niejaki Bóg dał ponoć człowiekowi wolną wolę, żeby jednak sam się sobą zajął.  Moim psychologiem jest ksiądz. - Nauczycielka z mojej byłej pracy. Powyższe zdanie wypowiedziała moja cierpiąca na zaburzenia lękowe, wychowana w alkoholowej, ale wysokofunkcjonującej rodzinie koleżanka. Perfekcjonizm, pracoholizm, zaburzenia kontroli, to problemy, z którymi boryka się na co dzień i są one tak jaskrawe, że widzę je nawet ja. Pomimo tego, że zwłaszcza w pandemii, miała...

130. Oko Saurona, czyli jak doszło do hejtu na nauczycielkę.

 Nauczycielka jest urzędniczką państwową, powinna być chroniona prawnie. Tymczasem aparat państwowy (policja, wójt, dyrekcja szkoły) rozpoczął prześladowania anglistki z podstawówki  w Kielnie, mało tego, nie przeciwstawił się zorganizowanemu hejtowi na kobietę, cały czas traktując ją, jakby była podejrzana o jakąś zbrodnię. Wiesz już o co chodzi, prawda? Uczniowie przynieśli do klasy przedmiot w kształcie krzyża i nie pytając nikogo o zgodę, powiesili go na ścianie, konkretnie nad klatką chomika (tylko pod krzyżem, tylko pod tym znakiem, chomik jest chomikiem, a gówniak gówniakiem) i nie reagowali na prośbę o jego zdjęcie. Myślę sobie, no zajefajnie, czyli bez pozwolenia opiekuna miejsca, zaczęli sobie je meblować. Może jeszcze do mnie przyjdzie jakiś srajdek i mi coś powiesi? Nauczycielka się wkurzyła, sama zdjęła plastikową szkaradkę i wobec braku właściciela chętnego do jej zabrania, wyrzuciła do kosza. Gdy opowiedziała o tym koleżance, ta się zesrała i poradziła, by zabra...

131. Menelski cud.

W 2-gą niedzielę zwykłą, czyli 18-go stycznia wierni w kościele katolickim mieli nie lada gratkę, albowiem odbywało się wtedy w świątyniach jedno z ciekawszych czytań Ewangelii, traktujące o weselu w Kanie Galilejskiej. Zastanawiasz się czasem, o czym jest ta opowieść? Na wszelki wypadek ją przypomnę: Ewangelia (J 2, 1-11) Trzeciego dnia odbywało się wesele w Kanie Galilejskiej i była tam Matka Jezusa. Zaproszono na to wesele także Jezusa i Jego uczniów. A kiedy zabrakło wina, Matka Jezusa rzekła do Niego: — Nie mają wina. Jezus Jej odpowiedział: — Czyż to moja lub Twoja sprawa, Niewiasto? [Czy] jeszcze nie nadeszła godzina moja? Wtedy Matka Jego powiedziała do sług: — Zróbcie wszystko, cokolwiek wam powie. Stało zaś tam sześć stągwi kamiennych przeznaczonych do żydowskich oczyszczeń, z których każda mogła pomieścić dwie lub trzy miary. Jezus rzekł do sług: — Napełnijcie stągwie wodą. I napełnili je aż po brzegi. Potem powiedział do nich: — Zaczerpnijcie teraz i zanieście staroście we...