Przejdź do głównej zawartości

099. Co z tą odnową moralną?

 Dzisiaj więc trzeba pracować nad rozbudzaniem wiary. (...) poczynając od budowania nowych relacji, bycia dla poszukiwania tych, którzy stoją na peryferiach, pochylania się nad cierpiącymi i upadającymi.

Abp. Tadeusz Wojda.

Nie wiem jak Ty, ale ja sądzę, że pan Wojda powinien zacząć od wyprania własnych gaci, przygotowania własnoręcznie swojego posiłku, ogarnięcia śmieci ze swej chałupy, odkurzenia, etc... W przeciwnym wypadku pan ksiądz, biskup, a nawet arcybiskup jest zwykłym pasożytem, zazwyczaj pochylającym się nad bliźnim w sytuacjach znanych z Dąbrowy Górniczej, czy pałacu Paetza. Nie sądzę, by duchowieństwo zyskało jakąś wartość , jeżeli nie nauczy się odpowiedzialności za własne życie. A cierpiącym i upadającym nie jest potrzebny pochylający się nad nimi Wojda, bo jest im wszystko jedno, czy pan biskup istnieje, czy też nie istnieje. W ogóle co nasz Tadzio rozumie pod pojęciem "bycia dla poszukiwania tych, którzy stoją na peryferiach" (co za obleśna grypsera!), bo z tego co się orientuję, to kto jak kto, ale biskupi, są tak odgrodzeni od swojej "owczarni", że gdyby się przeszli po niej po cywilu, to mało kto by ich rozpoznał, tak rzadko znajdują się w przestrzeni publicznej. Wejścia zaś do pałacu biskupiego zazwyczaj strzeże niewolnica, której oczy i uszy nie widzą i nie słyszą gwałconych w sypialni dzieci, za to wychwycą najlżejszy szmer pochodzący od intruza. Mniejsza z tym, tu (kliknij) jest link do wywiadu z panem księdzem, co to stołka przewodniczącego KEP się dochrapał, czy też raczej pokonał silną konkurencję w walce na wazelinę, przekupstwo, donosicielstwo, usługi seksualne i tym podobne schodki kariery.


Karolina Cicha - Czarne plamy są białe.

Jest takie mądre powiedzenie terapeutyczne: Jeżeli chcesz coś zmienić w swoim życiu, musisz zmienić swoje postępowanie. Nie sądzę, by ktoś z możnych Kościoła planował zmiany w swej pasożytniczej codzienności, ani też nie zanosi się, by takie plany mieli ich następcy. Nic się nie zmieni w warunkach kariery duchownej, będzie coraz gorzej, bo dziś do tego stanu pchają się głównie ludzie niedojrzali, nieradzący sobie z rzeczywistością. Skąd to wiem? A gdzie miał dojrzeć taki pan ksiądz, skoro trafił po maturze do seminarium, gdzie wszystko było planowane za niego, on miał jedynie być posłuszny. A potem było coraz gorzej, finałem zaś były śluby posłuszeństwa (i inne, które i tak nie mają znaczenia wobec tych pierwszych). Uroczyście ślubują być bezwolnymi trybikami. Później kariera, jak już wcześniej pisałem, uzależniona od korupcji, nepotyzmu, usłużności seksualnej, donosicielstwa, podkładania świni, obrzydliwego wazelinowania. Gdyby Wojtyła nie był takim tchórzem, niejedno by mógł przekazać w swych pamiętnikach. Niestety, był do tego stopnia lękliwy, że nawet w testamencie nie wyznał swych grzechów, wątpię czy kiedykolwiek zrobił uczciwy rachunek sumienia. Nic to! Nic się nie zmieni, bo hierarchowie nie chcą zmieniać postępowania, proste!

Klauss Mitffoch - Ewolucja, rewolucja i ja.


Jak sądzisz, jakie warunki musiałyby zostać spełnione dla odnowy Kościoła? Zważywszy, że pierwszym kłopotem jest rozwój nauki, która demaskuje rozbieżność tzw. "Pisma Świętego" z rzeczywistością. Do tego dochodzi przepływ informacji. Oni naprawdę musieliby zmienić postępowanie. Myślę, że pierwszym krokiem powinna być likwidacja czegoś takiego, jak zawód "ksiądz". Gdyby wspólnotom religijnym przewodzili ludzie utrzymujący się z własnej pracy, sami robiący zakupy, przygotowujący posiłki, sprzątający wokół siebie, płacący za mieszkanie, planujący budżet domowy, utrzymujący rodzinę, codziennie spotykający się z sąsiadami, a przy okazji dobrze radzący sobie z własnym życiem, byłby to jakiś początek. Co...? Też podobnie jak ja widzisz oczami wyobraźni reakcje biskupów na taki pomysł? Nieważne, nie mój cyrk, nie moje małpy! Szczerze mówiąc, doskonale sobie radzę bez Wojtyły, Glempa, Wesołowskiego, Paetza, Jankowskiego nie dlatego, że ktoś ich po śmierci zastąpił, ale ponieważ za życia też mi nie byli potrzebni.

Komentarze

  1. No niestety, masz rację. Dlaczego niestety? Bo twojego, mojego i innych zdań i tak nikt nie weźmie pod rozwagę, a mało tego, wielu jeszcze tego oraz innych biskupów pochwali!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. W sumie to nawet przyjemność mi sprawia obserwacja poczynań hierarchów. To trochę jak w filmie "As good as it gets" ("Lepiej być nie może"), gdzie główny bohater grany przez Jacka Nicholsona (zdaje się, że za tę rolę dostał Oscara) ma zaburzenie polegające na patologicznym obrażaniu innych, a dodatkowo obciążony jest zaburzeniami obsesyjno-kompulsywnymi, w efekcie czego, gdy znajduje się w niebezpiecznej sytuacji, pod wpływem stresu jeszcze bardziej pogłębia swoje nieciekawe położenie, odrzucając jednocześnie każdą życzliwą osobę próbującą mu pomóc.

      Usuń
    2. Film oglądałam, aktor był świetny, jak zwykle zresztą!

      Usuń
    3. Legenda. Aż dziwne, że z tą swoją "miniastością" nie został zaszufladkowany jako aktor komediowy, jak to u nas się stało z Kobuszewskim. Miał szczęście, że najwięksi dostrzegli u niego coś jeszcze prócz talentu do rozśmieszania innych.

      Usuń
  2. Jestem za wysadzeniem całego Watykanu i wszystkich kościołów na świecie, a na wszelki wypadek wyegzorcyzmowaniem lejów po bombach.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ale to nic nie da, bo to kwestia ludzi, a nie budynków. Kościół będzie na tyle silny, na ile silni będą jego niewolnicy i sponsorzy.

      Usuń
    2. No ale może zginie trochę swołoczy pod gruzami...

      Usuń
  3. Oni wciąż wierzą, że da się "rozbudzić wiarę" w dobie powszechnego dostępu do informacji? Można jedynie nie dopuścić do jej wygaśnięcia u tych, którzy już ją mają - ale też z mizernym skutkiem. Koniec końców, zostanie im już tylko moja szwagierka i sąsiedzi z parteru.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Bądźmy szczerzy, nie od dziś i nie od wczoraj badania religijności Polaków wskazywały na jej płytkość sprowadzoną do rytuałów. Ta rzekoma wiara jest zwykłym naśladownictwem stanowiącym o przynależności do silnej grupy. I nikt tam nawet za bardzo nie udaje, że mu chodzi o jakieś zasady. Jedyna zasada, to potakiwać klerowi, a to co robisz po cichu, to zostaje "w twoim sercu", jak u pedofilskiego alfonsa Wojtyły, który dla swojego serca zatrzymał tak wiele, że aż dziw, że nie zmarł na zawał. Chociaż z naukowego punktu widzenia nie jest to dziwne w ogóle, gdyż dopadła go choroba Parkinsona, choroba układu nerwowego, który odpowiada także za rozpoznanie dobra i zła (to mózg, czyli główny procesor i wszelkie jego przekaźniki nerwowe, a nie pompa odpowiadają za te sprawy).
      Kościół splamił się zbrodnią, ale nie to sprawiło, że młodzi nie chcą mieć z nim nic wspólnego. Kościół się zbłaźnił, skompromitował do imentu, te wszystkie łojce Salcesony, skarpetkowi Wojtyły, handlarze jego juchą, upite w sztok niemoty, seksualni dewianci dający się przyłapać zarówno na homoseksualnych orgiach, jak i w pozycji łokciowo-kolanowej-ZAKLESZCZONEJ, wojujący z prezerwatywą i bezpieczną aborcją (ta niebezpieczna, nielegalna, jest jak najbardziej dopuszczalna, zwłaszcza u zakonnic i kochanek duchownych, byle po cichu). Do tego ten kult jednostki, który w końcu obrócił się przeciw wadowickiemu miłośnikowi pomników własnych. TO OBCIACH sprawił, że młodym nie jest po drodze, a przekupić już nie ma czym. Jeszcze w latach dziewięćdziesiątych wystarczyło założyć wspólnotę religijną, w której młodzież jeździła na wakacje pod namioty i była zadowolona, bo były to jedyne wakacje, na jakie rodzice ich wypuszczali (każde inne były "za drogie"). Tanio, bezkosztowo, a nawet z zyskiem, bo ta młodzież zabiegała o datki na wspólnotę. A teraz czym mogą kusić? Został im tylko nacjonalizm, co starają się skwapliwie wykorzystywać.

      Usuń

Prześlij komentarz

Popularne posty z tego bloga

124. Panie, ty się tym zajmij!

 Prawdopodobnie znasz hasło zawarte w tytule. Jest to jeden ze sloganów promocyjnych chrześcijaństwa, a jego atrakcyjność polega na tym, że niesie przesłanie o obecności wszechmocnego opiekuna, który za ciebie rozwiąże problemy. Zresztą, nazywanie jakiegoś bóstwa swoim ojcem, też ma podobne znaczenie. Ponieważ w życiu bywa ciężko, przyda się wszechmocny tatuś. Trochę to dziwne w ustach dorosłych ludzi, ale nie każdy człowiek jest dojrzały emocjonalnie. Metryka nie ma tu wiele do powiedzenia. Biblia również, bo przecież niejaki Bóg dał ponoć człowiekowi wolną wolę, żeby jednak sam się sobą zajął.  Moim psychologiem jest ksiądz. - Nauczycielka z mojej byłej pracy. Powyższe zdanie wypowiedziała moja cierpiąca na zaburzenia lękowe, wychowana w alkoholowej, ale wysokofunkcjonującej rodzinie koleżanka. Perfekcjonizm, pracoholizm, zaburzenia kontroli, to problemy, z którymi boryka się na co dzień i są one tak jaskrawe, że widzę je nawet ja. Pomimo tego, że zwłaszcza w pandemii, miała...

130. Oko Saurona, czyli jak doszło do hejtu na nauczycielkę.

 Nauczycielka jest urzędniczką państwową, powinna być chroniona prawnie. Tymczasem aparat państwowy (policja, wójt, dyrekcja szkoły) rozpoczął prześladowania anglistki z podstawówki  w Kielnie, mało tego, nie przeciwstawił się zorganizowanemu hejtowi na kobietę, cały czas traktując ją, jakby była podejrzana o jakąś zbrodnię. Wiesz już o co chodzi, prawda? Uczniowie przynieśli do klasy przedmiot w kształcie krzyża i nie pytając nikogo o zgodę, powiesili go na ścianie, konkretnie nad klatką chomika (tylko pod krzyżem, tylko pod tym znakiem, chomik jest chomikiem, a gówniak gówniakiem) i nie reagowali na prośbę o jego zdjęcie. Myślę sobie, no zajefajnie, czyli bez pozwolenia opiekuna miejsca, zaczęli sobie je meblować. Może jeszcze do mnie przyjdzie jakiś srajdek i mi coś powiesi? Nauczycielka się wkurzyła, sama zdjęła plastikową szkaradkę i wobec braku właściciela chętnego do jej zabrania, wyrzuciła do kosza. Gdy opowiedziała o tym koleżance, ta się zesrała i poradziła, by zabra...

131. Menelski cud.

W 2-gą niedzielę zwykłą, czyli 18-go stycznia wierni w kościele katolickim mieli nie lada gratkę, albowiem odbywało się wtedy w świątyniach jedno z ciekawszych czytań Ewangelii, traktujące o weselu w Kanie Galilejskiej. Zastanawiasz się czasem, o czym jest ta opowieść? Na wszelki wypadek ją przypomnę: Ewangelia (J 2, 1-11) Trzeciego dnia odbywało się wesele w Kanie Galilejskiej i była tam Matka Jezusa. Zaproszono na to wesele także Jezusa i Jego uczniów. A kiedy zabrakło wina, Matka Jezusa rzekła do Niego: — Nie mają wina. Jezus Jej odpowiedział: — Czyż to moja lub Twoja sprawa, Niewiasto? [Czy] jeszcze nie nadeszła godzina moja? Wtedy Matka Jego powiedziała do sług: — Zróbcie wszystko, cokolwiek wam powie. Stało zaś tam sześć stągwi kamiennych przeznaczonych do żydowskich oczyszczeń, z których każda mogła pomieścić dwie lub trzy miary. Jezus rzekł do sług: — Napełnijcie stągwie wodą. I napełnili je aż po brzegi. Potem powiedział do nich: — Zaczerpnijcie teraz i zanieście staroście we...